Tatuaż a zdrowie: prawdziwe historie ze studia, kiedy artysta powie ci twarde „NIE”
Powiedzmy to sobie otwarcie. Uwielbiam swoją pracę. Kocham dźwięk maszynki, zapach żelu do transferu i błysk w oku ludzi, którzy patrzą w lustro na swoją świeżą dziarę. Ale wiecie, czego nienawidzę? Kiedy klient siada na moim fotelu, uśmiecha się, a po godzinie pracy oboje wiemy, że wszystko idzie na dno.
Dlaczego? Ponieważ ktoś postanowił ukryć, że wczoraj imprezował do białego rana, albo że "ta mała tabletka", którą wziął rano, to silny antybiotyk.
Wielu ludzi myśli, że tatuator to taka żywa drukarka. Wrzucasz do niej pomysł, ona pobzyczy, wypluje obrazek i idziesz do domu. Ale nasza praca to ciągły kontakt z żywym organizmem. A twój organizm potrafi się okrutnie zemścić, jeśli go nie szanujesz. Zebrałem dla was najczęstsze sytuacje z codziennego życia studia, kiedy muszę dosłownie wypraszać ludzi do domu. I uwierzcie mi, robię to wyłącznie po to, by ratować waszą skórę.
1. „Wypiłem tylko jednego shota na odwagę” (Czyli dlaczego nie pracujemy na kacu)
Klasyk gatunku. Przychodzi chłopak. Świetny projekt, super nastawienie. Robię pierwszy kontur i nagle się zaczyna... Krew. Mnóstwo osocza. Skóra zachowuje się tak, jakbym próbował rysować markerem po mokrej gąbce. Zatrzymuję się, patrzę na niego, a on unika wzroku: „No, wczoraj byłem na urodzinach, wypiłem kilka drinków, żeby dzisiaj się tak nie stresować”.
Ludzie, alkohol przed tatuażem to katastrofa dla nas obu.
Co tak naprawdę się dzieje? Procenty potężnie rozszerzają naczynia krwionośne i rozrzedzają krew. Kiedy zaczynam wbijać pigment w skórę, twój napędzony alkoholem układ krwionośny krzyczy: „O rany, rana! Trzeba ją szybko przepłukać!”. I krew po prostu wypycha tusz z powrotem na zewnątrz. Ja próbuję uzyskać gęsty, piękny kolor, a farba ucieka razem z osoczem. Efekt? Ja pracuję w ciemno, ty krwawisz jak szalony, tatuaż goi się z przerwami (pustymi plamami), a kolory wyglądają, jakby były prane w pralce przez dziesięć lat. A, i jeszcze jeden bonus – na kacu twój układ nerwowy jest zrujnowany. To, co w normalny dzień byłoby lekkim mrowieniem, na kacu odczuwasz jak torturę.
2. „To tylko alergia” (Kiedy katar niszczy sztukę)
Jesień. Klientka siada na kozetce i pociąga nosem. „Nie zwracaj na to uwagi, to alergia na kota” – mówi. Dwie godziny później ma gorączkę, dreszcze, a jej skóra czerwienieje i puchnie do tego stopnia, że musimy przerwać proces. Okazało się, że to nie był kot. To była potężna grypa.
Zapamiętajcie złotą zasadę: tatuaż to gigantyczny stres dla układu odpornościowego. Twój organizm odbiera ten proces jako rozległą ranę i inwazję ciał obcych (pigmentu). W normalnych warunkach odporność wysyła tam swoich „żołnierzy”, żeby wszystko zagoić.
Ale jeśli jesteś chory, wszyscy twoi „żołnierze” już walczą z wirusem w gardle i nosie. Mają całkowicie w nosie twój nowy tatuaż. Co z tego wynika? Organizm nie radzi sobie na dwóch frontach. Wirus się nasila, chorujesz dwa razy dłużej, a tatuaż zamienia się w zaogniony koszmar, który będzie się goił tygodniami. Czujesz drapanie w gardle? Napisz do artysty. Przełożymy termin, nikt ci z tego powodu nie urwie głowy.
3. „Właśnie wróciłem z Egiptu, dziaraj po opaliźnie!”
Wpada dziewczyna. Opalona jak czekoladka, ramiona aż płoną i lekko się łuszczą. „Chcę palmę na ramieniu, tu i teraz, spontanicznie!”.
Robienie tatuażu na świeżej opaliźnie lub oparzeniu słonecznym to jak przyklejanie tapety na ścianę, która właśnie się sypie. Promieniowanie UV dosłownie spaliło górną warstwę twojej skóry. Jest przesuszona, napięta i przygotowuje się do "wylinki". Jeśli zacznę wprowadzać pigment w taką skórę, wydarzą się dwie rzeczy. Po pierwsze, przeklniesz wszystko na świecie, bo dziaranie po oparzeniu to ból nie do opisania. Po drugie, kiedy za tydzień zaczniesz zrzucać skórę, część mojego arcydzieła po prostu zejdzie razem z pamiątką po wakacjach. Pracujemy tylko na absolutnie spokojnej, zregenerowanej skórze.
4. Mroczne tajemnice: tabletki i antybiotyki
Przed sesją zawsze dajemy do wypełnienia ankietę. Jest tam punkt dotyczący przyjmowanych leków. Nie macie pojęcia, jak często ludzie zaznaczają tam „Nic nie biorę”, a potem przypadkowo wygadują się podczas rozmowy.
- Antybiotyki: Zabijają florę bakteryjną i niszczą odporność. Jeśli jesteś w trakcie kuracji, twoja skóra może po prostu odrzucić farbę.
- Tabletki przeciwbólowe (typu Aspiryna): Rozrzedzają krew. Wracamy do punktu o alkoholu – będziesz ociekać osoczem, a ja będę przeklinać pod nosem.
Nie jesteśmy lekarzami z przychodni, nie interesuje nas grzebanie w waszych kartach medycznych z czystej ciekawości. Pytamy o to, żeby zrozumieć, jak zachowa się wasza skóra. Bądźcie szczerzy.

5. Wyjątki, z którymi nie ma żartów
Są diagnozy, przy których po prostu przepraszam i odmawiam. Na przykład cukrzyca typu pierwszego. Przy tej chorobie regeneracja tkanek jest zaburzona do tego stopnia, że gojenie tatuażu zamienia się w niebezpieczną loterię z ryzykiem ropienia. Albo łuszczyca w aktywnej fazie – maszynka może sprowokować wybuchowy wzrost nowych zmian chorobowych na całym ciele.
Wiem, jak przykro jest usłyszeć odmowę. Ale moim celem jako profesjonalisty nie jest po prostu zabranie pieniędzy i zrobienie obrazka. Moim celem jest to, abyś wyszedł z pięknym, równym tatuażem i pozostał zdrowy.
Podsumowanie: gramy w jednej drużynie
Za każdym razem, gdy siadasz na moim fotelu, zawieramy niepisaną umowę. Ja obiecuję dać z siebie sto procent, wysterylizować wszystko do błysku i stworzyć genialny projekt. A ty obiecujesz być szczerym, trzeźwym, najedzonym i zdrowym.
Jeśli czujesz, że ciało mówi ci „stop” – posłuchaj go. Lepiej odwołać sesję, wyspać się, przeżyć kaca albo wyleczyć gardło, niż potem przez lata patrzeć na rozlany kontur i obwiniać za to artystę.
Zaufaj swojemu tatuatorowi, nie ukrywaj przed nim swoich tajemnic, a my zrobimy wszystko na najwyższym poziomie!